Amsterdam w deszczu

Dawno tak nie zmokłam. Ale było warto. Stary Amsterdam to piękne miasto. Tylko zdjęcia w deszczu to nie jest moja specjalność, więc to co najładniejsze – kupieckie kamieniczki – nie zostało uwiecznione jak należy.

Amsterdam domy
Ale, ale, czy ja się nawdychałam dającego się tu i ówdzie wyczuć w powietrzu dymu o charakterystycznym zapachu, czy te domy są krzywe? Otóż są. Większość nawet bardzo – tylko oczywiście dokumentacji fotograficznej brak. „Krzywość” domów to nie tylko efekt budowania na niestabilnym gruncie (jak w przypadku kilku słynnych włoskich krzywych budowli), ale również wysokiego podatku od powierzchni zabudowy, który bogaci amsterdamczycy musieli płacić, jeżeli chcieli mieszkać w prestiżowej lokalizacji.
I już, już chciałoby się powiedzieć, że szersze u góry niż u podstawy kamieniczki pochylają się nad kanałami, ale powiedzieć można najwyżej, że pochylają się w stronę kanałów. Od kanałów dzielą je zgrabne uliczki.

I tu mnie Amsterdam zaskoczył: na hasło kanały w mojej głowie momentalnie powstała projekcja: taka Wenecja, tylko zimniej (btw w Wenecji też strasznie kiedyś zmokłam). Nic bardziej mylnego, kanały amsterdamskie i weneckie to dwie różne sprawy. Brak w Amsterdamie maleńkich, śmierdzących kanalików, podtopionych domów, wyglądających na takie, co mają za chwilę runąć do wody. Wymuskane kamieniczki stoją sobie spokojnie na suchym lądzie, a jeżeli coś je omywa, to na pewno nie woda, a co najwyżej opary potu wszechobecnych rowerzystów.

Amsterdam kanał d-crop
A wszechobecni rowerzyści oznaczają również wszechobecne rowery „zaparkowane” gdzie popadnie. I znowu, nie powinnam, a jednak byłam zaskoczona: ja rozumiem, że zaparkowanie w mieście samochodu może być problematyczne… ale roweru? Ewidentnie, miejsca do parkowania rowerów jest w Amsterdamie całe mnóstwo, a mimo tego wciąż za mało, bo przecież – jak to w mieście – liczy się każdy centymetr. Nic to dla pomysłowych Holendrów. Zawsze można zbudować parking wielopoziomowy… dla rowerów oczywiście.

Amstrdam parking
Wielopoziomowy parking dla rowerów zlokalizowany przy głównej stacji kolejowej zachwycił mnie jak mało co i muszę przyznać mile zaskoczył.
Czego niestety nie da się powiedzieć o red light district. Tyle się o tej dzielnicy nasłuchałam, a tu tylko kilka dziewczyn w okienkach. Nic nadzwyczajnego. Ale może to co nadzwyczajne omija tych, którzy ograniczają się do szwendania się po uliczkach.
W każdym razie z mojego punktu widzenia szwendanie się jest jak najbardziej wystarczające. Zwłaszcza jeżeli wynikiem szwendania staje się zakup cebulek kwiatowych w torebce z wielkim napisem „Tulips from Amsterdam”, w przekładzie na polski „tulipany dla turystów”. Turysta, a w zasadzie turystka jest i tak szczęśliwa bo oto spośród kilkudziesięciu oszałamiających możliwości wybrała cebulki ślicznych purpurowych tulipanów o niespotykanym kształcie płatków i będzie mogła z kraju tulipana przywieźć sobie tulipana do domu.

Amsterdam tulipany
Zmarznięta turystka natyka się w końcu na tę samą czekoladziarnię, którą odwiedziła już poprzedniego wieczoru.

Amsterdam czekolada

Nad kubkiem gorącej czekolady myśli sobie, że są takie miasta, w których po zaledwie kilku godzinach szwendania się („szwendanie” to moje zdecydowanie ulubione określenie na to, co niektórzy nazywają zwiedzaniem) zawsze zaczynasz trafiać w miejsca, w których już byłeś. To są takie miasta na jeden dzień, miasta na „przy okazji”. Amsterdam jest według mnie jednym z nich.
No chyba, że chce się spróbować wszystkich dostępnych tu rodzajów piwa i odwiedzić przynajmniej najciekawsze puby. Trzeba przyznać piwa mają bardzo dobre, próbowałam ich tyle, że aż nie pamiętam ile. Ale jedzenie najlepsze jadłam w knajpie … urugwajskiej.

Amsterdam jedzenie
No więc tak, jeden dzień spokojnie na zwiedzanie Amsterdamu wystarczy…. Chociaż… gdybym miała więcej czasu, poszłabym na pewno do muzeum pewnego pana słynącego z aktu autoagresji.

Amsterdam van gogh

Reklamy